Romek Wesołowski, mój ojciec, odszedł od nas 7 lutego 2009, w dzień swoich imienin, niedługo przed 67 urodzinami. Od lat chorował na cukrzycę, ale mimo problemów, cieszył się niezłym zdrowiem i nic nie wskazywało na to, by miał w ciężkim stanie trafić do szpitala i wkrótce umrzeć. Pochowaliśmy go 13 lutego, w piękny, skrzący śniegiem dzień.
Nie chcę go wspominać jako kryształowego człowieka. Bóg wie, jak bardzo mój ojciec nie nadawał się do przebywania w pozłacanych ramkach. Miał drażniące wady i swoje problemy, które niejednokrotnie utrudniały rodzinie życie. Bałaganiarz, wieczny luzak, na wszystko miał czas, zamknięty w sobie i ukrywający emocje – ale otwarty, chłonący życie, serdeczny i lubiany przez wszystkich, budzący spontaniczną sympatię, znakomity słuchacz, pomocny i wrażliwy. Ludzie do niego lgnęli. Akceptował ich dokładnie takimi jakimi byli. Akceptował mnie, jego córkę, nie próbując zmieniać, co wiele razy dawało mi siłę, by pozostawać przy moim własnych wyborach i decyzjach. Wierzył, że ludzie mają prawo do własnych wyborów i szanował je. Nikogo nie nienawidził, nie kolekcjonował wrogów, nie było ludzi, których unikałby na ulicy.
I były rzeczy, dla których był gotów ponosić wysokie ryzyko. Taki spokojny i cichy człowiek okazał się zagrożeniem dla komunizmu, bo miał czelność skorzystać ze swojej wolności i obywatelskiego prawa wyboru. W 1981 roku założył kilkunastoosobową organizację związkową w swoim ówczesnym miejscu pracy. 13 grudnia 1981 stracił pracę i przez pół roku nie mógł znaleźć żadnej innej. Został potraktowany jako wróg systemu i skazany na PRLowski niebyt – pamiętajmy, że były to czasy, gdy praca była obowiązkowa, a za jej brak skazywano na więzienie. Miałam 11 lat, ale do dziś pamiętam jego frustrację. A gdy się nie ugiął pojęłam, że są w życiu sprawy dla których nie warto iść na kompromis. Osiem lat później ojciec wyjął z szafy flagę „Solidarności” i starannie rozprasowywał każde zagięcie na jej powierzchni. Robił to z dumą, ten prosty gest był uhonorowaniem tego, w co wierzył – w wolność.
To od ojca nauczyłam się, że najważniejsza w życiu jest właśnie wolność, wolność wewnętrzna, wolność sumienia i serca – i że nikt nie może jej zabrać. Wolność była dla niego tym, o co warto walczyć – a Solidarność była ucieleśnieniem wolności. Działał w Związku, bo chciał i mógł – i potrafił. Nikt chyba nie był bardziej nie zainteresowany robieniem kariery niż mój ojciec. Chciał tylko pomagać, chciał być pożyteczny, chciał zmieniać głupie przepisy i walczyć o prawa pracownicze. Był członkiem Zarządu Regionu, delegatem na zjazdy krajowe, członkiem Komisji Rewizyjnej Komisji Krajowej, jednym z prekursorów działalności organizacyjnej w związku, wieloletnim przewodniczącym Komisji Zakładowej PAM i później PIP. Niedługo przed emeryturą wrócił do miejsca, z którego kiedyś go wyrzucono z wilczym biletem - Państwowej Inspekcji Pracy – i nie dlatego, że trafiła się okazja na otrzymanie lepszych zarobków. Dla ojca pieniądze nie miały żadnego znaczenia, podobnie jak kariera, czy władza. Chciał robić coś dobrego i ważnego. I był rozczarowany, gdy mu się nie udawało.
Od dnia śmierci słyszałam na jego temat wiele ciepłych i szczerych słów. Wspominano ile zrobił, jakim był wspaniałym przyjacielem, wychowawcą, rodzicem. Gesty wspaniałych przyjaciół rodziny – wsparcie, pomoc – pokazują jak ważną częścią ich życia był mój ojciec. Wszyscy o nim wciąż myślimy.
Nagła choroba wyczerpała go. W szpitalu robił wrażenie pasażera, który przesiada się w trakcie długiej i męczącej podróży. Był zmęczony, trochę zniecierpliwiony, częściej jakby nieobecny. Na przechodzących ludzi patrzył obojętnie, jak się spogląda na dworcowy tłum. Ożywiał się, gdy napotykał znajomka. Przez kilka chwil skupiał się nad lekturą gazety, potem drzemał. Czasem żartował. Jego pociąg nadjechał – wsiadł do niego z bagażem naszej miłości – i odjechał. Na ustach - nawet w chwili kameralnego pożegnania w dniu wczorajszym – miał uśmiech, a na twarzy spokój. Myślę, że pociąg, do którego wsiadł, zawiózł go w szczęśliwe miejsce i wierzę, że kiedyś i my pojedziemy tą samą trasą, by znów się spotkać.
Agnieszka Wesołowska, córka dziennikarka i redaktor miesięcznika „Jedność” w latach marzec 1993-1994 oraz 1997-1999
Copyright © 2009 - Wszelkie prawa zastrzeżone
Znalazłeś błąd na stronie? Napisz do nas
Projekt i wykonanie: Muso.pl
Zarządzanie treścią: CMS